Bob, where are you, crazy bastard?!


goście wpisują się tutaj, jeśli dadzą radę


2012
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
2010
grudzień
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
2009
sierpień
marzec
2008
listopad
październik
wrzesień
lipiec
czerwiec
kwiecień
marzec
luty
2007
grudzień
marzec
2006
listopad
lipiec
2005
październik
sierpień
lipiec
czerwiec
kwiecień
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
lipiec
czerwiec
kwiecień
marzec
styczeń
2003
grudzień
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj


* * *
myspace ich
linki inne
koncerty statystycznie
pictures of you
polskie forum
polska strona
pełny apdejt
offiszial
















101. Zlew Muńkiem sklamrowany

Choć Muńka lubię (a Panasa toleruję), to mi jednak żal komentować, że z McCartneya na otwarcie Narodowego zrobiło się T.Love i Lady Pank. The Cure za to sukcesywnie ogłaszają kolejne daty letnich koncertów festiwalowych, lecz szanse na Polskę raczej iluzoryczne, oparte tylko na ściskaniu kciuków, żeby jeśli już nie koncert, to chociaż jakieś nowe nagrania się przydarzyły. Afro Kolektyw wczoraj wydał śpiewany album, co zmusiło mnie do pierwszego od miesięcy zakupu płyty kompaktowej i wprowadziło jak na razie w konfuzję poznawczą, miłości do Afrojaxa atoli nie naruszając. Kameralna „Rzeź” Polańskiego - choć może tytuł „Blackberry w wodzie” bardziej by pasował?- znakomita aktorsko i dramaturgicznie, a przy tym naprawdę zabawna w swej prawdzie o współczesnym białym człowieku. Tylko ludzie wokół jacyś tacy coraz mniej uśmiechnięci, choć mają przecież „ekstra rząd i super prezydenta”, którym dzieciaki włamują się bezkarnie na serwery udowadniając niespotykaną siłę i sprawność naszego aparatu państwowego.

* * *

Niemcy, Bowie i Bitle muszą poczekać, bo mi syntezy chwilowo pouciekały ze łba.

* * *

I przepraszam za idiotyczne tytuły notek.


2012-01-24
skomentuj (0)
100. WPIS NR 100!

...odbębniony.


2012-01-12
skomentuj (0)
99. Rok Smoka Smok Roka

czasem nagle bez słowa przestaję być sobą by stać się zupełnie kimś innym – żadna z moich ulubionych rzeczy nie pasuje facetowi wrzeszczącemu na mnie z drugiej strony lustra - przyjaciele stają się obcy a obcy zostają przyjaciółmi - i rzygać mi się chce od bycia samemu - i rzygać mi się chce od bycia z kimś - mdli mnie jakbym był… - zmęczony? – czy raczej przerażony?

- - -

Och, ten cholerny „Switch” i ta nawracająca życiowa schizofrenia. Czy może po prostu kryzys wieku średniego?

Nic dziwnego, że RS – mój bohater wspaniały, mąż opatrznościowy i wzorzec osobowy - wciąż jest gdzieś w okolicy.

Poza tym był to jednak ciekawy rok: niemało dobrych rzeczy mnie spotkało i - o dziwo - ja sam sporo kroków do przodu wykonałem. A nadchodzący dwa tysiące dwunasty niech koniecznie będzie rokiem przełomu. I dobrej zabawy tym samym.    

Cheers! 


2011-12-31
skomentuj (0)
98. Afterlondon

No i co z tego, że serce ścisnęło się mocniej przy „All Cats Are Grey” (pal sześć spieprzone zakończenie – okazuje się zresztą, że spieprzone przez dźwiękowców, a nie przez Lola) czy perfekcyjnej wersji „The Funeral Party”, skoro to było raczej do przewidzenia. Jedyne faktyczne pozytywne zaskoczenie to wspaniałe, hipnotyczne wykonanie „Splintered In Her Head”. Ale utworów było przecież ponad czterdzieści! I niestety nawet „At Night” jakoś nie poruszyło tak, jak poruszyło na przykład w Katowicach prawie cztery lata temu…

Tak jak pisałem wcześniej: ten koncert nie był zły. Był dobry, bo to przecież The Cure. Ale jednak tylko dobry… Był to mój szósty wieczór z The Cure na żywo i razem z występem w Łodzi AD 2000 plasuje się w stanach najniższych. Utrwalona przez ostatnich kilka tygodni refleksja jest taka, ze skoro już te koncerty sobie zobaczyli fani z Australii, Europy i Stanów, a także ja sam miałem to szczęście, to teraz czas już skończyć z tym dziadostwem i zabrać się do uczciwej roboty.

Jest teraz wielki revival zasłużonych kapel, które albo się reaktywują, albo właśnie grają swoje klasyczne albumy w całości. O ile w 2002 roku „Trilogy” było jakimś novum, to teraz jest już to tylko wpisywanie się w ogólny trend. Który zresztą wynika z faktu, że młodsi artyści nie są w stanie tak poruszać odbiorców, jak stara wiara. I nawet jeśli zapalczywi fani prześcigają się w zachwytach, to ja twierdzę, że nie tędy droga i trzeba się z niej jak najszybciej wycofać, żeby nie wylądować w malinach.  

Ja po prostu – wbrew wszystkiemu – jak najdłużej nie chcę dopuścić do siebie myśli, że The Cure się starzeją. Mają iść do przodu, wciąż proponować coś nowego, starać się nas zaskakiwać. Jeśli przestaną to robić, wpadnę w depresję. Albo przynajmniej upiję się solidnie z żalu. Na szczęście wygląda na to, że w garze z napisem „nowy album The Cure” już bulgocze wywar z włoszczyzny.

To tyle o samym koncercie. Było, minęło. Rok 2012 przed nami.

* * *

Ale samo miasto! Londyn. Co za miejsce!!! Oto jest prawdziwa, wielka, kosmopolityczna metropolia. Byłem pod wielkim wrażeniem. To miasto żyje, pulsuje i wciąż nosi w sobie bardzo wyraźny ślad imperialnej dominacji i centryzmu (?), które chyba jeszcze mają szansę się odrodzić. Jeśli trzeba będzie się z naszej wspaniałej zielonej wyspy ewakuować, to właśnie tam. Ze względu na to coś, co wisi w powietrzu. I nie chodzi tu o smog czy zapach płynu do zmywania naczyń.

* * *

Stukam po północy, więc już dziś Wigilia. Jeśli to czytasz, przyjmij ode mnie życzenie nadziei na dobrą przyszłość i nieustającej wiary w uśmiech i dobro, które zwyciężą każde zło i zwątpienie. Jutro urodziny tego, w którego mało kto wierzy, ale którego historia dodaje białym ludziom otuchy od setek lat. Happy birthday, dear Jesus!* 


PS. * -  z jakiego to filmu, koteczku? :) 

 


2011-12-24
skomentuj (2)
97. London City

Cóż, w zabieganiu codziennym brak mi czasu na szerszy opis mojego wypadu. W tej chwili status jest taki, że chyba większe wrażenie zrobiło na mnie samo miasto, niż koncert. Co wcale nie oznacza, że koncert był zły... Rozwinę z pewnością, bo parę refleksji do głowy się nasunęło...

PS. Zebra obok studio na Abbey Road dosiadnięta i zaliczona. Szczęśliwie nikt mnie nie przejechał :)



2011-11-21
skomentuj (0)
96.

Noż kurna! Pierwszego listopada znowu mają puścić w telewizorni tego cholernego "Znachora"! I znowu nie wytrzymam i rzucę okiem, by po raz siedemdziesiąty serce rozpłynęło mi się jak masło na patelni na widok Anny Dymnej Anno Domini 1981. I by znowu rozpłakać się jak mała dziewczynka, gdy Fronczewski powie w sądzie "To jest profesor Rafał Wilczur!" albo gdy Stockinger rzuci się przed Dymną na kolana z opadającym na podłogę naręczem róż...

Choć może i dobrze, że są takie stałe metafizyczne zjawiska w moim zasranym życiu :)



2011-10-29
skomentuj (1)
95. Jedyne, co jednak...

...niepokoi - mimo radości na myśl, że mam już bilety i na koncert i na aeroplan do Lądka - to to, że jednak pomysł eReSa na kontynuację quasi-tournee "Reflections" może świadczyć o czymś, czego zawsze w odniesieniu do The Cure się obawiałem. Czyli: rockowego stetryczenia, rutyny, pójścia za łatwą kasę, odcinania kuponów, transformacji w tzw. nostalgia band.

Rzecz w tym, że nie chciałbym dowiedzieć się w grudniu, że w związku z przygotowaniami do zbliżającego się wielkimi krokami końca świata, The Cure nie przewiduje w 2012 roku aktywności związanej z premierowym materiałem. Że po zakładanym znakomitym przyjęciu koncertów w Anglii i Stanach, Robert postanawia odejść w glorii chwały i poczekać leżąc na laurach np. na wpuszczenie do Rock'N'Roll Hall Of Fame.

Ogłoszenie tych nowych koncertów to jednak coś bardzo nie-cure'owego. Dotychczas przez dziesiątki lat było tak, że przekora Roberta w stosunkach z fanami nakazywała mu stałe narażanie ich na poczucie NIEDOSYTU. W tym roku zachowuje się jednak bardziej jak redaktor Koncertu Życzeń. A poza tym nawet nie zająknął się na temat nowych nagrań. Tymczasem w październiku 1999/2003/2007 roku znana była już mniej lub bardziej wiarygodna data wydania kolejnego albumu.

Przyznasz więc, że moje obawy są jakoś tam zasadne.

Ale nadal myślę, że jak zwykle moja niewierna postawa zostanie prędzej czy później negatywnie zweryfikowana przez życie.

Robert - jeszcze nie czas na emeryturę! A jak zaproszą cię do Cleveland, proponuję pokazać się tam ze świeżo wygoloną łysiną. Ja bym tak zrobił :)

* * *

Był pewien człowiek w Polsce, który bardzo celnie opisywał fenomen The Cure oraz w sposób niesamowicie ciekawy i wyczerpujący pozycjonował band w krajobrazie współczesnej popkultury. Zrobił to m.in. w znakomitej monografii "Poletko Pana Boba", już dawno niedostępnej w księgarniach. Zresztą od lat liczyłem po cichu, że ukaże się kiedyś zaktualizowane i rozszerzone wydanie "Poletka...". Ten człowiek to Jerzy Rzewuski. Z przykrością przyjąłem parę dni temu wiadomość o jego śmierci. Odszedł topowy polski dziennikarz muzyczny, erudyta i świetny obserwator kultury masowej. Niech odpoczywa w spokoju.

[ ' ] 


  

2011-10-20
skomentuj (0)
No nie powstrzymam się...

W niedzielę polski lud niewolniczy będzie sobie wybierał nowych panów, którzy za zrabowane od nich samych pieniądze będą tymże niewolnikom uprzyjemniać życie.

A ja chcę być wolny i żyć w wolnym kraju.

W tym całym śmierdzącym towarzystwie cwaniaczków, złodziei, karierowiczów i patentowanych idiotów tylko jeden człowiek faktycznie podziela moje pragnienie. A swoją determinacją i niespożytą wręcz energią daje nadzieję na przyszłość.

Tego dżentelmena można poznać chociażby po muszce pod szyją i niezmiennej, fascynującej lekkości bytu.

Zapytany w cyklicznym programie przez Hołdysa o liczbę dzieci, westchnął i odparł: "Mój Boże, czy to mężczyzna może wiedzieć, ile ma dzieci?" 

:)

EDIT: No i oczywiście starzy panowie się utrzymali. Cóż ich teraz powstrzyma przed dokręceniem swoim niewolnikom śruby? Kto obstawia stawkę VAT od nowego roku? I dlaczego ja mam się pod przymusem do tego bałaganu dokładać, mimo że chętnie podpisałbym deklarację, że w zamian za zwolnienie mnie z PITu gotów jestem zrezygnować np. z tzw. bezpłatnej służby zdrowia, z tzw. bezpłatnej edukacji czy prawa do zasiłku dla bezrobotnych?

Ech... Ludzie, kiedy wy wreszcie zmądrzejecie...



2011-10-07
skomentuj (0)
93.

Chcieć, to móc. Trzeba dążyć do spełniania swoich marzeń. Udało się wyłapać bilet (sprzedały się w mniej niż 4 minuty...) i związku z tym mogę z radością zakomunikować, że lecę do Londynu na "Reflections"! To będzie mój pierwszy pobyt w Lądku - i od razu z tak specjalnym koncertem w tak specjalnym miejscu! 



2011-10-01
skomentuj (1)
92. Na szybko tylko wspomnę...

...że dziś oto okazało się, iż kolejna instytucja popkulturalna postanowiła wysłać The Cure na emeryturę. Wg magazynu "Rolling Stone" w 2012 roku będą nominowani do wprowadzenia do Rock and Roll Hall Of Fame... Kapituła dokonująca wyboru powinna moim zdaniem wziąć pod uwagę ryzyko, że jeśli The Cure zostaną tam wpuszczeni, to Simon Gallup - choćby tylko w wirtualnej postaci - dokona tam pewnie solidnej demolki swoimi bucikami. A Robert Palmer ma szczęście, że tam się jeszcze nie znalazł, bo od słynnej odezwy Szymka z 1981 roku jego tyłek jest mocno zagrożony. 

EDIT wieczorny: ale jaja! Roberto rzeczywiście czyta mojego bloga! Jest Was zatem troje :) Oto dzis ogłoszono, że kolejne koncerty "Reflections" jeszcze w tym roku - jeden w UK i sześć w US. Czemu więc zero w RP, w takiej Filharmonii Narodowej na przykład?... A także jasno, twardo i wyraziście wziął w obronę swojego koleżkę zza garów. Jakiś taki podenerwowany w swoim poście. Dobry znak - znaczy: krew wciąż się w nim burzy!  

* * *

Młyn ostatnio duży, więc pisać nie ma kiedy, ale zawartość merytoryczna najbliższych oczekiwanych przez cały zachodni świat wpisów na blogu dojrzewa w głowie i nabiera głębi, niczym to wino szlachetne...

* * *

A!!! Byłbym zapomniał! Dowiedziałem się też dziś, że jeszcze w tym roku w Warszawie - na Stadionie "Wodny Świat" Narodowym - prawdopodobnie wystąpi nie kto inny, tylko...... 


S I R   P A U L   M C C A R T N E Y

 


2011-09-27
skomentuj (0)
91.Niemcy

NIEMCY! Ja, ja, nat(u-z-umlautem-czy-jakoś-tak)rlich! 

Zrobienie w samotności butelki czerwonego wina zawsze inspiruje ciekawe myśli. Mamy wrzesień, więc nie bez kozery będzie wreszcie zająć się nimi. Tak, właśnie nimi: Niemcami. NIEMCAMI! Szwabami, szkopami, fritzami. I wcale nie będzie o wywieszaniu polskiego ruchu oporu na latarniach, o paleniu ogniem polskich wsi wraz z mieszkańcami, o katowaniu harcerzy przez gestapowców, o szprycowaniu Żydów trującym gazem i wrzucaniem ich zwłok do pieców, czy o dywanowym bombardowaniu rzuconej na kolana Warszawy. Będzie o popkulturze. I o tej ich intrygującej jednak powadze. To tak w nawiązaniu do niedawnej uwagi o przegiętej postawie jednego ze szwadronów  RAF: Radiohead. Tagi: D.A.F., Kraftwerk, Herbert Gr(znowu-o-z-dziwnym-znaczkiem-u-góry)nemeyer, Rammstein.

Spoko, spoko. Mam dobry flow ostatnio. Wszystkie zapowiedziane notki się ukażą.



2011-09-16
skomentuj (0)
90. Little bit

No cóż, koncert na Bestival się odbył i został bardzo dobrze przyjęty. To nie jest niespodzianką. Spodziewana niespodzianka to jednak to, że Roger's in, a Porl's out. Kolejna roszada personalna pana i władcy Roberta Smitha - business as usual. To już nawet trochę robi się nudne. W każdym razie mamy znowu klawiszowe The Cure. I dobrze. Bo dobrze rokuje na nowe nagrania, na które się powoli zapowiada. Roger mówi, że niedługo wielu ludzi będzie bardzo szczęśliwych. Oby...

Pierwsze wrażenie jest takie, że teraz Robert jako jedyny gitarzysta ma na scenie więcej roboty, ale wychodzi to na dobre. Jest bowiem gitarzystą bardziej oszczędnym i subtelniejszym niż Porl, który często miał tendencję do robienia hałasu. Tymczasem Gruby nie robi hałasu - on przede wszystkim gra... Bo jest lepszym gitarzystą niż Porl, o czym przez ostatnich kilka lat mieliśmy prawo zapomnieć.

* * *

"The Times" w swojej relacji z festiwalu najwięcej miejsca poświęcił The Cure. A na końcu ocena, że Bjork w niedzielę może i całkiem ciekawa, ale przed sceną i tak wszyscy pytali się nawzajem: "ty! byłeś wczoraj na kjurach?!" :) BTW naprawdę liczę, że Rob sieknął któregoś popołudnia drinka z Islandką i razem jeszcze stworzą jakiś dziwaczny duecik... 

* * *

Tymczasem w głowie dwie bardzo gruntowne i ciężkie gatunkowo notki: The Cure a David Bowie oraz The Cure a The Beatles. To będzie rzeźnia.

* * *

Z ciekawostek to nasz geniusz finansów publicznych, Vincent Rostovski, zapowiadał dziś w Strasbourgu wojnę w Europie. Co oznacza, że możemy być spokojni: wojny nie będzie :) No - chyba, że o stołki. W londyńskim Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju lub temu podobnych  szemranych instytucjach.



2011-09-14
skomentuj (0)
89. Kontrofensywa wrześniowa

Tak, życie jest piękne.

- - -

72 lata temu na moje (tak – chyba już moje…) miasto spadły bomby. W planach Hitlera do 8 września miało być pozamiatane. Zajęło im dłużej, sk***synom.

- - -

Reminiscencja z Openera. Konstatacja z jednego z nocnych powrotów z koncertów podczas wsłuchiwania się w półśnie w doskonałe „Paranoid Android”. Radiohead to naprawdę wielki zespół utalentowanych, kreatywnych ludzi, którzy tworzą bardzo mocne, sugestywne muzyczne pejzaże. Są też świetni na koncertach (Poznań 2009 - byłem i doceniłem), mają swoją wizję, itd… Ale mają jeden feler. Nie znam żadnego ich utworu, który świadczyłby o posiadaniu chociaż szczątkowego poczucia humoru. Guys, why so fucking serious all the time?! BTW: „Myxomatosis”, rewelacyjna wersja: http://www.youtube.com/watch?v=plxOjjkgIdk

 - - -

Niecałe dwa tygodnie temu zrealizowałem jedno ze swoich marzeń – wlazłem na Rysy! Tam jest po prostu cudownie. Powiem krótko: chcieć - to móc. Naprawdę.

- - -

Przesiadka na nowego laptopa z jednoczesnymi incydentalnymi powrotami do poprzedniego to mały dramat. Teraz stukam na starym i uwierz: nie jest to banalna rzecz pisać na „odwykniętej” klawiaturze. Pisząc to klnę pod nosem jak szewc. To naprawdę takie trudne, żeby faktycznie wystandaryzować układ klawiszy? Niby tu QWERTY i tu QWERTY, ale z tymi altami i shiftami zajoba można dostać….

- - -

No właśnie: Rysy. Dużo radości dostarcza mi ostatnio robienie – choćby drobnych - rzeczy, na które zawsze miało się ochotę. W ostatnią niedzielę dopiero teraz pierwszy raz byłem na wyścigach konnych na Służewcu. Zainwestowane łącznie 40 zł, wygrane 60. Zna się trochę człowiek na koniach! Kontynuując: minus bilet za 15 zł i program za chyba 3,90 zł. Do przodu okrągłe 1,10 zł. W tym tygodniu będzie lepiej. A koniki? Wspaniałe. Intens w potrójnej koronie, jedenasty taki kozak w historii. Gonitwę St. Leger wygrał chyba o siedem długości. Szedł jak szatan - piękny widok.

Drugi Iwonicz - i moja wygrana za porządek. Ale za ten porządek akurat słabo płacili, bo to byli faworyci. 

- - -

Dziennik-Gazeta Prawna dziś: „Fiskus zainteresuje się naszymi oszczędnościami”. Mam podejrzenie graniczące z pewnością, że od dawna się interesował, tylko było mu trochę głupio wyciągnąć łapska.

- - -

BTW - nie martwmy się: prawdziwy kryzys rzeczywiście nadchodzi. To po prostu musi walnąć z powodów stricte arytmetycznych. Ale upadek dotknie w pierwszej kolejności nasz (nasz?) osłabły od tłuszczu aparat państwowy, a w konsekwencji wszelkich cwaniaków żyjących z naszych podatków. Większość pozostałych da sobie świetnie radę. I za kilka lat wyjdziemy na prostą, już bez tego garba. Czy wiecie, że Argentyna od kilku lat przeżywa prosperity? A pamiętacie, co się tam działo 10 lat temu?... Po cichu liczę, że wróci monarchia ;)

- - -

Christian Bale et consortes przed, a Christopher Nolan za kamerą: “Batman – Początek”, “Mroczny Rycerz”, a trzecia odsłona już się kręci – premiera za rok. Nie ma co – jak się Angole za coś zabiorą, to należy się spodziewać najlepszych rzeczy. Prawda, Robert? Sedno: te XXI-wieczne Batmany są rewelacyjne. Przekonają nawet najzagorzalszych przeciwników postkomiksowych bajeczek. Proszę sobie obejrzeć.

- - -

Wczoraj premiera "Rzezi" Polańskiego w Wenecji. Nie mogę się doczekać, kiedy to zobaczę. "Autor Widmo" to był wielki powrót do formy, czas na kolejne potwierdzenie geniuszu...

- - -

Za tydzień Cure na Bestival. Oczekiwań i nadziei żadnych – będzie, co będzie. Chociaż… Może nowy kawałek z jeden? Bo Rob coś przebąkuje o nowym albumie podobno. Poczekamy, zobaczymy…

 - - -

Miłe, że ostatnio sporo ładnych kobiet się do mnie uśmiecha. If only I could fill my heart with more cynicism…

 - - -

Robert Smith powinien nagrać duet z niejaką Bj(niechcemisięszukaćwwordzietegoznaku)rk G(niechcemisięszukaćwwordzietegoznaku)mundsdottir. Robert, zrób to wreszcie – zanim ty, albo ona zejdziecie z tego świata. Zapomniałeś, jak zachwycałeś się jej „Birthday”? A poza tym myślę, że skrycie się w niej podkochujesz... Ja w każdym razie tak ;)

- - -

K***a, zaraz rozp***lę tę klawiaturę! O, jest młotek!

Bez odbio///////////////////////////////



2011-09-03
skomentuj (0)
88. Memories...

Niedawno przypomniałem sobie pewne drobne zdarzenie sprzed jakichś 20 lat. Było to w tych – chyba fajnych – czasach, gdy nie było jeszcze powszechnych komórek i Internetu. Otóż dostałem wtedy – do skrzynki pocztowej! - anonimowy list. Pamiętam, że kartka była w linie, w kolorze łososiowym lub lekko pomarańczowym. Na niej tylko te słowa, napisane piórem, dość szlachetnym charakterem pisma:

Pushing my face in the memory of you again
But I never know if it's real
Never know how I wanted to feel
Never quite said what I wanted to say to you
Never quite managed the words to explain to you
Never quite knew how to make them believable
And now the time has gone
Another time undone

„Untitled” to doskonałe w swej dostojnej i spokojnej dojrzałości zwieńczenie dramatu rozgrywającego się na tzw. najlepszej płycie wszechczasów. Kolejna perła w koronie twórczości Smitha. To wspaniałe, że po latach te pieśni nie nudzą się, nie tracą swego blasku – a wręcz przeciwnie: nabierają głębi i wciąż nowych znaczeń, wtapiają się w nasze dusze, rozpuszczają w naszej krwi…

http://www.youtube.com/watch?v=l29qZa0XQAo

Do dziś nie wiem, kto mi ten list wysłał. Nawet się specjalnie nie domyślam, kto wykazał się takim smakiem przy wyborze słów. Może to jakaś stracona, dziś już dawno zapomniana, szansa na ciekawą znajomość? Takie zagadki i małe tajemnice to coś, co wpływa na magiczność naszego życia.

Życia, które jest piękne. Zwłaszcza, gdy wreszcie świeci słońce, tak jak dziś.

 


2011-08-09
skomentuj (1)
87. Wszystkie koty są szare

Jeśli kiedykolwiek żałowałem w ciągu ostatnich 5-6 lat braku klawiszy w The Cure, to głównie wtedy, gdy przypominałem sobie, że w takim układzie nie da się odegrać porządnej wersji „All Cats Are Grey”, który to utwór… cóż: jest po prostu genialny.

G-E-N-I-A-L-N-Y.

Bodaj moje najstarsze wspomnienie z dzieciństwa dotyczące The Cure to ten wspaniały akord fortepianowy, który wieńczy tę kompozycję. To chyba właśnie dzięki tym paru sekundom zasłyszanym wielokrotnie z magnetofonu starszego brata, The Cure zatruło mi duszę w sposób trwały i nieodwracalny. Potem odziedziczyłem tę kasetę, dziwaczną polską kasetę magnetofonową z „Faith” nagraną prawdopodobnie z jednej z radiowych audycji Beksińskiego w okolicach 1984 roku…

„All Cats Are Grey” to pierwszy przejaw autentycznego geniuszu tej kapeli - dowód na to, jak daleką i owocną drogę Robert przeszedł w ciągu zaledwie trzech lat od debiutu. Przejaw dojrzałości i faktycznie ambitnych celów, jakie Smith postawił sobie decydując się na tworzenie muzyki. Nieśpieszność i ostateczna rezygnacja z punkowej gorączki w imię stworzenia czegoś ponadczasowego, ewidentnie utopionego w transcendencji i nieokreśloności świata i życia. Duch ponad wszystko, harmonia, spokój i refleksyjne wyciszenie opisujące nasze wieczne osamotnienie w świecie. Utwór, który trafi do każdego, kto go posłucha – czy to do młodzieńca zapatrzonego w hałaśliwe wytwory dzisiejszych rockowych straceńców, czy do starego melomana i miłośnika tzw. muzyki poważnej.

Bo to kawał poważnej muzyki. Choć w sumie opartej na tak nieskomplikowanych, powtarzalnych motywach.   

Ostatnio pisałem, że w moim Top 5 utworów The Cure zawsze pozostanie „Out Of This World”. „All Cats Are Grey” pozostanie w nim tym bardziej. Kto wie - może nawet zażądam w swym testamencie, by grali to podczas mojego pogrzebu?  

Smutne trochę jest tylko to, że utworu o takiej mocy i wielkości The Cure nie nagra już nigdy.

Sydney, dzień drugi, przepiękne wykonanie. Dla tego momentu warto było im pakować majdan i tam lecieć. Warto było Robertowi przepraszać się z Lolem i Rogerem. Dzięki im wielkie za ten moment - to można oglądać na okrągło:

http://www.youtube.com/watch?v=UUbH85bjM_s

Może jeszcze nasza cywilizacja się utrzyma, może jeszcze nie całą naszą muzykę muszą nam tworzyć ludzie z afrykańskimi korzeniami i inklinacjami rytmicznymi.




2011-06-12
skomentuj (0)
86. No i... 2

Pisanie o tym, jakie to były fantastyczne koncerty, to jak lizanie lodów przez szybę. Z filmów, recenzji i własnej inspekcji wynika, że oczywiście były. Może nawet najlepsze w historii The Cure? Jednak, żeby to poczuć, trzeba by było tam być i doznać własnymi zmysłami.

The Cure w operze. Bez wizualizacji na ekranach i fajerwerków świetlnych. Z pewnością siebie i poczuciem swojej klasy, której nikomu już nie muszą udowadniać. W repertuarze sprzed 30 lat, który prezentowany na scenie przez ten nieokiełznany zespół wcale nie smakuje jak odgrzewane kotlety, tylko jak żywa klasyka. Po prostu Muzyka. Uniwersalizm i ponadczasowość. Perfekcja wykonawcza, która jest środkiem, a nie celem.

The Cure ze szczuplejszym Robertem i grubszym Lolem powracającym po 22 latach do kapeli. Ze znowu zadowolonym, sympatycznym Rogerem. Z wyciągnietymi ze strychu gitarami, których używali wtedy. Z klawiszami wreszcie - tak kojarzonymi z klasycznym brzmieniem zespołu.  The Cure grający b-strony singli. The Cure grający epickie "The Weedy Burton". W operze.

Im wolno.

Chyba nigdy w historii The Cure nie było tak, że w ciągu miesiąca jest oficjalna zapowiedź i realizacja jakiegoś przedsięwzięcia. Ledwo 5 maja dowiedzieliśmy się o tym projekcie, za chwilę bilety rozeszły się dosłownie w 5 minut (sic!), a dzisiaj już jest po wszystkim. Dziwne. Będzie co prawda jeszcze Bestival we wrześniu, ale obawiam się, żeby teraz Roberto znowu nie zapadł w swój słynny letarg informacyjny. A tu za rok już 2012 i jakiś album by się przydał, bo kolejna czterolatka się kończy.

W związku z powyższym więc lepiej, żeby ten film, co to go kręcili, faktycznie się ukazał. Dzięki niemu od języka do lodów będzie trochę bliżej…



2011-06-02
skomentuj (0)
85. No i...

...pozamiatali solidnie :)

Robert Smith - jak powiedziałby klasyk - nie zejdzie ze sceny niepokonanym. Czterdzieści cztery kawałki jednego wieczoru to chyba nieoficjalny rekord świata, co? A brzmi i wygląda wszystko bardzo obiecująco.

Zobaczmy, co przyniesie jutro....

Na razie tyle.




2011-05-31
skomentuj (0)
84. Analiza australijskiej szklanki oraz odpryski w post scriptach

Oto więc będziemy mieli za dwa tygodnie coś w rodzaju nowego Trilogy. „Będziemy mieli”... Jakie „będziemy mieli”?!! Australijczycy będą mieli! Rob - dalej już się kurna nie dało??? Żeby taki koncert robić w Sydney – doprawdy absurdalne posunięcie, tortura dla duszy każdego fana z półkuli północnej…

Spójrzmy więc na zawartość pełnej połowy australijskiej szklanki.

Sam fakt wykonania trzech pierwszych albumów w całości niesie za sobą wiele niespodzianek i pytań, na których odpowiedzi będę wyczekiwał z niemałą ekscytacją. Oto bowiem po raz pierwszy od lat zagrają takie klasyki, jak niedoceniane „Three”, jak ukochane, na swój sposób subtelne „Secrets” z rewelacyjnym mostkiem, jak chłodne i proste „Seventeen Seconds”, czy jakoś pomijane zawsze w słuchaniu, ale pełne dostojnego czaru „The Funeral Party”.

A propos: drugi koncert będzie w urodziny Simona (pięćdziesiąte pierwsze, a gość wygląda na trzydzieste pierwsze…). Dawno temu podczas „Three” na koncercie Rob odśpiewał mu „Happy Birthday”. Może i tym razem?...

Po raz pierwszy w historii (!) będzie też wykonany na żywo „Doubt” – napisany, o ironio, przez ultramegaprzegościa Simona Gallupa. Najgorszy kawałek The Cure. Co już wyjaśnia, dlaczego właśnie nie był grany. Bo to paw niemożebny, utwór niezrównoważony w negatywnym tego słowa znaczeniu (w odróżnieniu od takiego „Shake Dog Shake” na przykład), drażniący ucho swoją amatorską niezbornością i zupełnie niepodobnym do The Cure wymuszeniem. I może właśnie dlatego ciekawe jest, w jaki sposób dzisiejsze The Cure zinterpretuje tego gniota. Jeśli po koncercie pojawią się jakieś amatorskie nagrania na jutjubie, to z pewnością z wrodzonej przekory w pierwszej kolejności będę szukać właśnie tego fragmentu…

A co z makabrycznym „Foxy Lady” Hendrixa? Czy Rob się przemoże i zaśpiewa? Czy może Szymek zastąpi Dempseya? A co z improwizowanym tekstem do „So What?”? A czy zagrają superkillera „The Weedy Burton”??? A „A Forest” w wersji rozbudowanej, czy prostej albumowej?

Och, co za rozkosz! Ile pytań, ile niewiadomych, ile niespodzianek… Jak my to uwielbiamy!!! ;)

No i kwestia składu oczywiście. Roberto znowu przeprosił się z Lolkiem i Rogerem. Jak widać wystarczy, że Gruby kiwnie palcem, a wszyscy starzy współpracownicy puszczają dawne anse w niepamięć i biegną ściskać się z nim i kochać. To chyba właśnie Roger powiedział kiedyś, że nikt, tak jak Robert Smith, nie potrafi uszczęśliwić człowieka, gdy ten zrobi coś, co mu się spodoba… Wcale mnie to nie dziwi, bo od wszystkich ludzi, którzy z nim mieli bezpośredni kontakt można usłyszeć, że Gruby to przesympatyczny, naturalny i bezpośredni typ, którego nie sposób nie kochać… Pewnie wchodzi tu w grę jakaś niebagatelna kaska, ale jestem przekonany, że to nie jest główny motor ich poczynań. Z głodu panowie nie umierają, lecz możliwość grania na jednej scenie ze Smithem to potężna wartość sama w sobie.   

Co ciekawe wszyscy zauważają, ale właściwie nie komentują, że do Sydney nie leci Szwagier, czyli Porl. Od roku się mówi, że odszedł… Na moje oko jego brak na tych koncertach potwierdza, że rzeczywiście znowu go nie ma na liście płac. Po raz trzeci. Jeśli znowu wróci za parę lat, to ma murowane miejsce w Księdze Rekordów Guinnessa… „Najwięcej powrotów do jednego zespołu rockowego: Paul Thompson”. I sam nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Cieszyłem się z jego powrotu w 2005 roku - uważam, że to rewelacyjny, wciąż dziki i nieokiełznany gitarzysta odpowiedzialny za „wishowatość” The Cure.  Naprawdę nadał poloru występom chłopaków w 2007 i 2008 roku. Z drugiej strony pojawiała się zawsze wątpliwość, czy takiego The Cure oczekujemy po trzydziestu latach działalności, czy nie lepiej, gdy jednak jest to wszystko utopione w jakiejś klawiszowej delikatności. Patrząc na Porla zawsze czuję, jak niepokorny punk w mojej duszy naparza się z lekko konserwatywnym romantykiem z czasów „Disintegration”.

Dość o Porlu, bo późno się robi. Jeszcze Jason - najbardziej kontrowersyjna postać dzisiejszego The Cure. To też bardzo ciekawe: czy Robert widząc trwającą od kilku lat nagonkę na Coopera w necie (daję głowę, że to zauważył!) nakaże mu grać zgodnie z duchem trzech odgrywanych albumów, czyli całkowicie na żywca, czy też znowu pójdą na kompromis i pozwolą sobie na te wszystkie elektroniczne gadżety w postaci „backing tracks” i niezdrowe Jasonowe napieprzanie w talerze? I jakie TEMPA zostaną ustawione dla poszczególnych utworów? Mam nadzieję, że paradoksalnie te całkowicie unurzane w przeszłości wieczory będą okazją do odświeżenia technicznej strony odgrywania muzyki The Cure. Że w warstwie muzycznej zaprezentują się „konserwatywnie”, jako dopiero co opierzeni postpunkowcy z żywymi garami i analogowymi syntezatorami. Rogerowi i jego prehistorycznym moogom tylko w to graj przecież!

Więc ciekawie, ciekawie…

Pusta połowa szklanki to natomiast to, co Jaśnie Oświecony Pan Gruby raczył był napisać - po długich miesiącach milczenia - na oficjalnej. Że mianowicie po jednorazowym wypadzie na antypody panowie dopiero zdecydują co dalej, kto dalej, kiedy dalej, jak dalej i czy w ogóle dalej. A to oznacza, że obecnie pośladki naszego idola nie są ściśnięte parciem na następną sesję nagraniową czy trasę koncertową The Cure. I oznacza to też - zgodnie z przewidywaniami doświadczonych cure-maniaków – że huczne zapowiedzi dotyczące tzw. Dark Albumu, czyli drugiej części „4:13 Dream”, zostały dawno przez Roberta zapomniane, a sam materiał wylądował pewnie na dnie szuflady w sąsiedztwie zapisków do jego słynnej solowej płyty, której szkicowanie rozpoczął jeszcze w 1983 roku…      

I oczywiście sam fakt, że w jeb*nej Australii…

Jak tak przeczytałem wszystko powyżej, to mi wychodzi, że pełna jest zdecydowanie ta większa połowa… Czyli ta dotycząca zmian, dynamiki, niewiadomych. I to jest kwintesencja filozofii The Cure: expect the unexpected.

Więc fajnie, że te koncerty będą. Że coś się dzieje. I że być może wyjdzie z tego niezły film. Ale poza tym „business as usual”, czyli nadal nic nie wiadomo… Wiadomo atoli jedno – tak: powtarzam się – Robert Smith będzie nadal działać i tworzyć, nie odpuści...

 

PS1. QOTSA odwołali koncert w Stodole. Cały wieczór płakałem, jak bóbr… Josh – jak się zobaczymy, zaliczysz w zęby!

PS2. Obejrzałem ostatnio po raz czterdziesty „Znachora”. I oczywiście znowu posypałem się w drobiazgi, a łzy ciekły mi z oczu jak grochy… Zawsze jak widzę pannę Wilczurównę,  to do głowy uderzają wspomnienia i tęsknota…

PS3. Reminder: napisać o tych trzech filmach, które wyciskają mi łzy z oczu.

PS4. Dobre hasło dziś wyczytałem: „Nie wyrabiam się w robocie, bo mam zapierdol na Facebooku”.

PS5. Trzymajcie się, ludzie. Po apokalipsie znowu wstanie słońce :D



2011-05-19
skomentuj (1)
83. Kierowanie zespołem The Cure 2

W nawiązaniu do wpisu nr 41 publikuję fragmenty świeżo przechwyconych nagrań, które mój znajomek dostaje od znajomka, który dostaje je od swojego znajomka z MI5: 

...
- Rog, a tak a propos to może byś jednak wrócił na tych parę koncertów, co?
- Bob, kurna, ja nie mogę z tobą! Jak ty sobie to wyobrażasz??? Dwa razy już mnie wywaliłeś, w tym raz zrobiłeś to cholernym mailem, a raz dostałem w pysk! Sam nie wiem, co gorsze.
- Ymmmm…. - chwila milczenia - Oj tam, oj tam. Opłaci ci się. To jak, wchodzisz?
- Nie, nie, nie, Bob, chwileczkę, nie ma tak! Muszę to przemyśleć.
Rozłącza się. 
SMS, 8 minut później:
- OK, dobra. Ale umowa czasowa na papierze :) 
SMS, odpowiedź 32 sekundy później:
- 9 maja od rana próby w Londynie. Ćwicz „Faitha”. Narka. 
SMS, odpowiedź 3 minuty później:
- OK, będę. Kto poza nami tym razem? :) 
SMS, odpowiedź 46 minut później:
- Żebym ja to wiedział… ;)



2011-05-05
skomentuj (0)
82. Sześć czterdzieści cztery

Podczas pierwszych kilkudziesięciu sekund tej pieśni jesteś raz po raz bezlitośnie zwodzony i mamiony przez kompozytora, który najpierw skupia twoją uwagę na perkusjonaliach, by za chwilę odwrócić ją ku typowo simonowemu, thunderbirdowemu basowi, potem przetworzonej, perfekcyjnie „pływającej”, cudownie oddalonej we mgle gitarze zwielokrotnionej sekwencerem, przez brzdąkanie gitary akustycznej, dalej poprzez delikatne tła klawiszowe, aż do sześciostrunowego basu i wejścia wokalu, po którym dochodzi jeszcze precyzyjne, dźwięczne forte-pian-ino. Gdy tego słuchasz za pierwszym czy drugim razem, musisz się zgubić w poszukiwaniu głównej linii tego utworu… Nić ariadny zdaje się wciąż urywać, by za chwilę okazało się, że to ta właściwa została w dłoni… To jeden z takich utworów, którego aury nigdy przedtem ani nigdy potem nie udało się powielić innym.

Skrupulatnie rozplanowany kolaż równoważnych dźwięków tej kompozycji układa się w firanę, rozwieszoną w przestrzeni wyobraźni leciutką ażurową kurtynę, w której poprzez prześwity w misternie utkanej sieci leniwie przedostają się promienie jesiennego, mdławego słońca. Nad uchem tandemu kompozytora i producenta ewidentnie czuwał tu anioł geniuszu…      

Kiedyś tym nagraniem uwodziłem swoje nieliczne koleżanki, by przekonać je do rozebrania się i robienia różnych bezeceństw. Z reguły działało, bo wpuszczenie tego zlepka dźwięków w uszy chyba zawsze daje efekt olśnienia wywołany obcowaniem z konstrukcją tyleż pozornie niezborną, co w swym prakseologicznym wymiarze wręcz idealną.   

Artyści nieraz próbują w swoich wytworach oddać w pełni, jak najdokładniej, jakiś określony nastrój, stan ducha. Wychodzi im różnie - czasem jakiś element nie zagra, jakiś zostanie niepotrzebnie dodany lub wyrzucony, gdzieś zostanie przedobrzone, albo po prostu autor okazuje się niewłaściwą osobą do formułowania danego przekazu... Tutaj zagrało wszystko: autor, jego właściwości, cel, który sobie postawił i tego celu realizacja. Tutaj mamy do czynienia z sytuacją, gdzie Robertowi udało się na taśmy-matki przelać na wszystkich ścieżkach to specyficzne odczucie pogodnej, zrezygnowanej, ale nie beznadziejnej, melancholii, tej rezygnacji dojrzałego w miarę człowieka, który – już i jeszcze – nie rozpacza nad swoim losem. Ale wie, że coś bezpowrotnie przeminęło.

Od chwili, gdy ten utwór poznałem, uważałem, że to jedno z dosłownie kilku największych dokonań kudłatego – dziwne, że piszę o tym dopiero dziś…

W tytule czas trwania. Ale chyba i po opisie powin-ieneś/naś wiedzieć…

 

PS. Z ciekawostek, to dzisiaj w Warszawie na cześć majowego święta spadł śnieg. Ludzie, mówię wam - apokalipsa nadchodzi!



2011-05-03
skomentuj (1)